Z pomysłem napisania recenzji JR Terrascope nosiłem się niezwykle długo. Było to spowodowane świadomością, że powstało całkiem sporo opracowań na temat tego modelu i nie byłem pewny, czy moja recenzja wniesie coś nowego, ale czułem, że muszę ją napisać.
Moja historia z tym modelem zaczęła się w 2018 roku, kiedy wymieniłem się z forumowym kolegą na moją Glycine SST-12. Kiedy zegarek do mnie dotarł, pomyślałem „ale bydle!”. Założyłem bransoletę i zacząłem przyzwyczajać się do rozmiarów koperty, której szerokość bez koronki wynosi 44mm. Posiadałem wcześniej zegarki w takim rozmiarze, lecz kształt koperty ma kolosalne znaczenie, jeśli chodzi o proporcjonalność i wygląd. W tamtym okresie był to mój najlepszy zegarek, jaki miałem w swojej kolekcji, a świadomość, że został wyprodukowany w tej samej fabryce, w której tworzy się zegarki Girard Perregaux, potęgowała moją radość z jego posiadania . Pewnego razu zobaczyłem ogłoszenie, dotyczące sprzedaży Breitlinga Steelfisha. Jako że nie posiadałem tyle środków, to JR poszedł w rozliczeniu. Stałem się szczęśliwym posiadaczem Breitlinga, lecz pozostała tęsknota za moim Terrascope.

Po jakimś czasie udało mi się odbudować budżet i zacząłem polowanie na JeanRicharda . Udało mi się drogą wymiany i dopłaty zdobyć model GMT w czarnej odsłonie, który bardzo mi się podobał, aczkolwiek w głowie siedział mi cały czas mój srebrny egzemplarz. Traf chciał, że kolejną kombinacją udało mi się zdobyć egzemplarz ze srebrną tarczą, lecz na pasku. Wielu z Was wie już, że jestem typowym „bransoleciarzem”, więc próbowałem – bez skutku – zdobyć dla niego oryginalną bransoletę. Założyłem tymczasowo mesh, który moim zdaniem pasował tak sobie, lecz był wygodny w noszeniu. Los i zegarkowe ADHD sprawiły, że postanowiłem w kolekcji zostawić tylko jednego z Ryśków. Mimo, że GMT jest uznawany za lepszy model, ze względu na mechanizm, wygląd tarczy i przeszklony dekielek, to wygrał sentyment, jakim darzyłem srebrny egzemplarz i to on został ze mną.
Po tak długim wstępie, zapraszam Was do prezentacji niezwykle ciekawego zegarka, jakim niewątpliwie jest JR Terrascope.

Pudełko:

Pudło jest tekturowe, z perforowanym zamknięciem. Wewnątrz pudełka znajdziemy kartę gwarancyjną, oraz świetne, skórzane euti podróżne, które bardzo dobrze zabezpieczy zegarek podczas wojaży. Jest ono świetnie wykonane i widać, że mamy do czynienia z marką premium.

Etui to możemy nosić na ramieniu, albo szyi, ponieważ producent dołączył do niego oryginalny pasek.

Koperta:

Rzecz, która wyróżnia zegarek i dzięki której nie pomylimy go z zegarkiem innej firmy.
Została ona opatentowana i w całości wyprodukowana w zakładach w La Chaux-de-Fonds. Do jej wykonania potrzebnych jest 70 operacji, polegających na tłoczeniu, szlifowaniu i innych procesach. Składa się ona z dziesięciu elementów, które są ze sobą ściśle połączone, czego nie widać, ale myślę, że schemat, który tutaj widzicie, uświadomi i pokaże Wam to, czego nie można zobaczyć przez zwartą konstrukcję koperty.


Wszystko to składa się na kopertę o 44 mm szerokości, 50 mm długości i 12,6 mm grubości. Zegarek, mimo swej wielkości jest dość smukły i dobrze trzyma się na nadgarstku.
Patrząc na niego od góry, trudno nie zauważyć wielopoziomowości jaką zaserwował nam producent. Pierwszą z nich jest luneta o szczotkowanej strukturze, a której boczna krawędź została wypolerowana. Poniżej tego poziomu znajduje się płaska powierzchnia i kolejna kombinacja połączenia szczotkowanej powierzchni, tym razem ze ściętym, polerowanym rantem. „Piętro niżej” kolejny element w tej samej kombinacji. Całość robi niesamowite wrażenie, a szlify stoją na najwyższym poziomie.

Boki koperty są w całości szczotkowane, co daje trochę surowego klimatu całej konstrukcji. Uszy, jak zauważyliście są dość krótkie, jeśli weźmiemy pod uwagę szerokość koperty. Zostały one wypolerowane, co wynika z kombinacji, o których wspomniałem wyżej.
Całość zamyka od góry szafirowe szkło z niesamowicie mocnym wewnętrznym antyrefleksem, którego efekt potęguje srebrny kolor tarczy. Wrażenie braku szkła występuje praktycznie w każdym oświetleniu, bez względu na kąt padania światła.

Od dołu koperta jest szczotkowana, a zamyka ją sygnowany, polerowany dekielek, na którym znajdziemy informacje, dotyczące modelu, a także numer seryjny. Na godzinie trzeciej znajduje się sygnowana koronka. Jej praca jest stabilna i bardzo precyzyjnie się nią operuje.

Jest to jedna z najlepiej wykonanych kopert, jakie miałem w rękach, a miałem ich naprawdę sporo, także marek takich jak Rolex, Vacheron Constantin, Breitling, Panerai,…
Ma ona jednak jeden minus, mianowicie, porysowanie na przykład górnej części lunety (mimo, że w ocenie renowatorów jest to dość prosta operacja), wiąże się z przymusem rozebrania całej koperty, co jest dość problematyczną operacją; jednakowoż nie jest to niemożliwe I osoba taka jak Sławek Ogiegło – nasz forumowy kolega – podejmie się w razie czego tej skomplikowanej operacji

Tarcza:

Sam nie wiem, skąd wzięła się u mnie słabość do srebrnej tarczy.
Wspomniałem wcześniej, że srebrna tarcza niweluje powstawanie odblasków na szkiełku i może to jest jednym z aspektów mej sympatii dla tego koloru. Drugim zapewne jest to, że tarczy tej nadano pionowego szlifu, co tworzy z kopertą swego rodzaju zgraną całość. Mimo że jest w tym samym kolorze co koperta, nie możemy powiedzieć, że wieje od niej nudą. Na zewnętrznej części znajduje się ring ze skalą sekundową. Czcionka jest dość drobna, świetnie wykonana i niczym krem w wuzetce przełamuje wrażenie monotonii. Na tarczy właściwej producent umieścił nakładane polerowane indeksy z pionowym frezem i piaskowaniem powierzchni pośrodku tychże. Przy indeksach zaaplikowana została Superluminova C3, która mimo swej niewielkiej ilości, świeci bardzo intensywnie i zaskakująco długo. W modelu GMT producent zastosował lumę C1, przez co świecenie było gorsze o ok. 40 procent, w porównaniu do srebrnego modelu.

Na tarczy znajdziemy również nazwę producenta, oraz nazwę modelu, informację o zastosowaniu automatycznego mechanizmu i wodoszczelność, która wynosi w tym modelu
10 ATM.

Przejdźmy do wskazówek. Wskazówki są polerowane na wysoki połysk. Co ciekawe, w moim poprzednim srebrnym Terrascope, były one pokryte srebrną, matową farbą. Różnicę zauważyłem dopiero po jakimś czasie, kiedy zacząłem przeglądać stare zdjęcia makro. Minutowa wskazówka w stylu sword, godzinowa, to gruba strzałka; obie zostały wypełnione tą samą masą, która została nałożona przy indeksach. Sekundnik został zakończony czerwonym grotem, również wypełniony lumą. Moim zdaniem dobrze, że producent zastosował czerwony kolor, który miło kontrastuje z wszechobecnym srebrnym kolorem.

Na godzinie trzeciej znajduje się okno datownika, dzięki któremu widzimy grubość tarczy. Nie ma tu mowy o tym, żeby podejrzeć choćby fragment kolejnej, bądź poprzedniej liczby, określającej dzień miesiąca. Nie jest to takie oczywiste, nawet w bardzo drogich zegarkach. Tutaj wszystko jest idealnie spasowane.

Mechanizm:

Mechanizm, jaki zastosowano to JR60, który jest niczym innym jak znana Sellita SW200-1, która została zmodyfikowana przez producenta, poprzez zmianę wahnika i własną regulację. Nie będę się tutaj rozpisywał, ponieważ mechanizm jest tak znany, że każdy wie, jak wygląda i z jaką częstotliwością pracuje. Dodam tylko, że zegarek jest bardzo dobrze wyregulowany, a jego dzienna odchyłka nie przekracza +7 sekund na dobę.

Bransoleta:

Jak wspomniałem we wstępie, a także w moich poprzednich recenzjach, wiecie, że uwielbiam zegarki na bransoletach i w zasadzie moja kolekcja składa się tylko z zegarków na bransolecie.
Bransoleta w zegarkach JeanRichard jest wykonana perfekcyjnie. Ogniwa przypominają łuski. Maskownice ściśle przylegają do uszu. Utrudnia to co prawda założenie jej w domowych warunkach, lecz wygląda świetnie, bez żadnego luzu. Ogniwa są szczotkowane, ale ich krawędzie zostały spolerowane z dwóch stron pod kątem 45 stopni. Ich boczne krawędzie również są polerowane. Bransoleta jest sygnowana przy zapięciu, które nie wykazuje luzów, nawet przy ruszaniu nadgarstkiem. Wszystko ściśle do siebie przylega. Motylkowe zapięcie jest bardzo wygodne. Jedyną rzeczą, do której można się doczepić to brak mikroregulacji. Noszę ten zegarek z lekkim luzem, ponieważ koperta jest płaska i świetnie przylega do nadgarstka, a w czasie spaceru, kiedy krew dopływa do kończyn i zwiększają one swą objętość, nie uciska mnie.
Podsumowując, bransoleta w tym zegarku jest świetnie wykonana i można śmiało ją porównać z bransoletami topowych producentów zegarków.

Podsumowanie:

Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was swoimi zachwytami nad swoim Ryśkiem. Tego zegarka nie da się już kupić nowego w żadnym sklepie. Zegarki te u oficjalnych dystrybutorów miały dość wysokie ceny, lecz czasem pojawiały się z dużymi zniżkami na tzw. Szarym rynku za oceanem, ceny z drugiej ręki również były bardzo korzystne. Jest to świetnie wykonany zegarek, nieodbiegający jakością od znanych, luksusowych marek. Sowind, czyli grupa, do której należy marka zadbała, by każdy mógł mieć wybór i do sprzedaży trafiło prawie 100 różnych modeli Terrascope, które różniły się nie tylko rozmiarami (są jeszcze 39 mm), ale kolorami tarcz, wskazówek, rodzajami pasków. Niedawno okazało się, że producent zaprzestaje produkcji i skupi się na odnowieniu marki Aquastar.
Trochę szkoda, bo stworzył świetną linię, która stała się dość popularna i spotkała się z sympatią zegarkowych maniaków. Pozostaje polowanie na okazje i cieszenie się zegarkiem, który jest niepowtarzalny i niczego nie udaje, a o co trudno, ponieważ przez wiele lat powstało mnóstwo ciekawych projektów różnych producentów i nietrudno o bycie posądzonym o „inspirację innym modelem”. Jeśli nie przerażają Cię rozmiary, a lubisz rzeczy oryginalne i nietuzinkowe, to jest to zegarek dla Ciebie!

Tomek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *